wtorek, 2 września 2014

Pomysł na weekend - zostań freeganem!



Tym razem na ostatni weekend wakacji proponujemy wyprawę w stylu freegańskim w celu zdobycia darmowego jedzenia. Przetestowaliśmy ten pomysł z synem i szczerze polecamy. Nasze podejście do freeganizmu nie jest ortodoksyjne a naszym celem nie było przetrwanie w miejskiej dżungli. Z tego względu na celowniku nie mieliśmy darmowych posiłków serwowanych przez organizacje charytatywne, nadgniłych warzyw z targów czy też resztek w kontenerach, lecz dzikie owoce rosnące na drzewach i krzewach przy polnych dróżkach wokół Kórnika. Byliśmy ciekawi, co uda nam się zebrać. Zaopatrzeni w niewielki plecak i telefon komórkowy, z aparatem ruszyliśmy w drogę...

Ale dokąd?
Okolice Kórnika jak się okazuje obfitują w miejsca przyjazne entuzjastom samodzielnego zdobywania żywności. Tym bardziej, że zaczyna się jesień - czas obfitości i zbiorów.
Jako miejsce wyprawy proponujemy starą aleję - drogę prowadząca z Kórnika do Dziećmierowa i dalej do Runowa. Dotarcie do niej jest banalnie proste - z centrum Kórnika kierujemy się ul. Dworcową, obok Oazy, a później pod wiaduktem do Dziećmierowa, mijamy skrzyżowanie i już: skręcamy w prawo w ul.Polną.

Na marginesie - jednym z projektów zgłoszonych do Budżetu Obywatelskiego Kórnika na rok 2015 jest utworzenie na tej trasie  ścieżki rekreacyjno-przyrodniczej "Szlak Polskich Drzew". Z projektem możesz zapoznać się TUTAJ, a głosować - na stronie Urzędu Miejskiego.

Docieramy na miejsce węsząc i rozglądając się w poszukiwaniu czegoś jadalnego :-)
Na efekty nie musieliśmy długo czekać. Po przejściu niespełna kilometra natknęliśmy się na dziką jabłonkę, która aż prosiła się o uwolnienie jej od ciężaru jabłek. 


 Choć jabłka nie są naszymi ulubionymi owocami, w poczuciu patriotycznego obowiązku spożyliśmy po jednej dorodnej sztuce na miejscu i zapakowaliśmy kilka do plecaka. Po  pięciu minutach dalszego spaceru zauważyliśmy drzewko obsypane mirabelkami. Poskubaliśmy sobie kilka złocistych owoców, które okazały się soczyste i słodkie.


Kilkanaście metrów dalej natknęliśmy się na krzak jeżyn. Owoców nie było zbyt wiele, ale zawsze to miła odmiana.

Nieopodal znaleźliśmy również krzew dzikiej róży z dojrzałymi owocami. Wystarczy zerwać i ususzyć – będą jak znalazł w jesienno-zimowym sezonie grypowym jako dodatek do herbaty. Dzika róża to zdecydowana rekordzistka jeśli chodzi o zawartość witaminy C: ma jej 30-40 razy więcej niż cytrusy! Działa wzmacniająco i przeciwzapalnie i z pewnością przyda się podczas jesiennych słot. Miłośnicy wysokoprocentowych medykamentów mogą sobie przygotować nalewkę: http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/lecznicza-nalewka-z-dzikiej-rozy-przepis_41804.html

Podobnie jak dzika róża działa czarny bez, który znaleźliśmy na dalszym etapie naszego spaceru. Zbierać należy jednak tylko dojrzałe owoce, ponieważ niedojrzałe mogą być trujące - zawierają sporo sambunigryny, która po spożyciu jest rozkładana do cyjanowodoru i może powodować złe samopoczucie. Podczas obróbki termicznej i suszenia sambunigryna  ulega na szczęście rozkładowi, dlatego przetwory z czarnego bzu są bezpieczne. Zimą, między innymi dzięki wysokiej zawartości witaminy C oraz witamin z grupy B, wspomogą nasz system odpornościowy w walce z infekcjami. Na zimę warto zatem zaopatrzyć się w sok, dżem lub nalewkę z owoców czarnego bzu.


Podczas spaceru kusiły nas intensywną czerwienią owoce głogu. Nie nadają się co prawda do spożycia na surowo, ale warto je zebrać po przymrozkach i sporządzić z nich aromatyczną nalewkę, która obniża ciśnienie, działa wzmacniająco i jest szczególnie korzystna dla serca. A zatem,  „jeśli kochasz swojego męża, zrób mu nalewkę z głogu” http://www.gryzz.pl/nalewka-z-glogu/


Na koniec w błyskawicznym tempie zebraliśmy ponad kilogram dalekiej krewnej śliwki węgierki, która ze względu na pomniejszone gabaryty nie spełniłaby z pewnością norm unijnych. Nam to jednak nie przeszkadzało.

Podsumowując, w ciągu półtorej godziny, przeszliśmy pięć kilometrów, objedliśmy się dzikimi owocami  i jeszcze przynieśliśmy łupy do domu. Z jabłek zrobiliśmy babciny kompot z dodatkiem goździków i cynamonu, którego słodycz przełamałam kilkoma gałązkami mięty z ogródka. Ze śliwek usunęłam pestki, dosypałam dwie szklanki cukru, dodałam szczyptę cynamonu, łyżkę ekstraktu z wanilii oraz, na fali ułańskiej fantazji, dolałam jeszcze dwie łyżki whisky. Całość przełożyłam do żaroodpornego naczynia i na 2 godziny wstawiłam do piekarnika (180 stopi). A rano pomyślałam, ze freeganizm to naprawdę fajna sprawa…



Emilia Firlej
Kajetan Firlej

Kontynuując przeglądanie tej strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Aby dowiedzieć się więcej lub zmienić ustawienia cookies zapoznaj się z Polityka Prywatności & plików cookie